12.09.2010 Wrocław Hasco Maraton
Z zamiarem wystartowania w maratonie biegowym nosiłem się od dawna. Kiedyś jak jeszcze czynnie uprawiałem kolarstwo start w maratonie był raczej nie możliwy- jednak inny wysiłek i dość wyniszczający sam start, szczególnie dla stawów, co mogło by się potem odbijać w czasie sezonu. W każdym razie jakoś nadarzyła się okazja i Wrocławski Maraton, który odbywał się 12.09.2010 miał być moim debiutem na dystansie 42 km i 195m.
Plany były wielkie, plan treningowy ustalony, tysiące kilometrów do przebiegnięcia, a skończyło się jak zwykle ;) Tzn. najpierw treningi miały być od 1 stycznia 2010, potem po wyjeździe na narty, potem po świętach wielkanocnych, po dni dziecka itp. :P Suma sumarum biegałem kiedy mi się chciało i kiedy była ładna pogoda ;) i wynikiem tego było to że w całym roku 2010 do maratonu, przebiegłem może z 250-300km ;) Ogólnie rzecz biorąc, bieganie okazało się dla mnie dużo mniej atrakcyjne niż rower. Ot ciężko gdzieś dalej się wybrać niż pobliskie parki i nadodrzańskie wały, ciągle to samo, słowem nuda! No ale jak już się postanowiło przebiec maraton to trzeba, jakieś tam przygotowanie jest, tak więc nadszedł dzień startu.
Troszkę zimny i mglisty poranek, może i dobrze- nawet jak się potem ociepli to nie będzie za gorąco. Na starcie ustawiliśmy się, z moimi dwoma kompanami biegu- Piotrem i Pawłem :), w sektorze, który był oznaczony dla biegaczy planujących czas około 4 godzin, oczywiście nie było to realne, ale zawsze lepiej troszkę z przodu, bo na początku tłok. Założenie było takie, żeby złamać 5 godzin, nie ma co szaleć przy pierwszym maratonie, szczególnie że z planów treningowych wyszły nici :).
Odliczanie i START! Początek bardzo powoli, a nawet bardzo, bardzo powoi. No i dobrze trzeba spokojnie się rozkręcić i nie zajechać na początku. Choć ja chciałem biec trochę szybciej, to koledzy uspokajali tempo i chwała im za to, bo taki spokojny początek sprawił że potem biegło mi się wyśmienicie.
Do tej pory najdłuższy dystans jaki przebiegłem w życiu to może z 25km, więc zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać po 30km, a każdy straszył że wtedy zaczyna się tzw. "ściana" :). W każdym razie kilometry powoli mijały, Początek był bardzo miły, bo trasa biegła przez okolice gdzie się wychowywałem. Około 5km byliśmy gdzieś na szarym końcu, no ale maratończyk to jak kolarz- nie ważne jak zaczyna, ważne jak kończy- a wizja późniejszego przyśpieszenia i wyprzedzania. Około 6km przebiegałem obok ulicy gdzie mieszkają rodzice i z tej okazji odebrałem żel, który miałem plan zjeść na bufecie nr 2 (~10km).
Biegliśmy cały czas spokojnie, nie wiem jak szybko dokładnie z racji na to, że jedynym urządzeniem pomiarowym jakie miałem był zegarek:) i to z dokładnością co do minuty ;). Szybko przeminęły okolice Politechniki Wrocławskiej, potem Rynek i powoli zbliżałem się do tego co mnie martwiło, czyli fragment obwodnicy śródmiejskiej- praktycznie 15km jedną drogą bez większych atrakcji (nie licząc dwóch podbiegów pod estakady ;) ). Ah, na 10km poszedł pierwszy żel....nigdy więcej żeli Isostara- gęsta, wstrętna śmierdząca galareta- nie trzeba było eksperymentować. No i pomiar czasu na 10km, wiedziałem że było wolno...bardzo wolno- jak się potem okazało 1:11:48 i 1916 miejsce. Czyli średnia 8,36 km/h na pierwszych 10km...jak na początek wystarczy- ważne żeby się nie zajechać na początku.
Około 15km czekała na mnie żona i brat z dobrociami- tu już na szczęście produkty PowerBara, czyli sprawdzona marka. Bufet nr 3- Koledzy zaczęli iść, więc stwierdziłem że to jest moment kiedy trzeba się odłączyć i biec już swoje- w końcu to już 15km, a ja ciągle obstawiam tyły :). Tak więc przyśpieszyłem- od tej pory zacząłem wyprzedzać, psychika się poprawiła. Przez następne kilka km mój brat jechał obok na rowerze i cykał fotki ;) Jeszcze na ~20km spotkałem Roberta- zdobywcę tytuły Iron Men'a. Krótka pogawędka i biegnę dalej. Jest półmetek! Jak się potem okazało na nim 2:24:35 i 1850 miejsce, prędkość na ostatnich 11km to lekko ponad 9km/h, biegło mi się na razie wyśmienicie.
No i przyszła wspomniana obwodnica, co dziwne czas na niej płynął mi bardzo szybko. 3km od półmetku do pierwszej estakady wręcz nie zauważyłem kiedy minął; podbieg pod nią też wyjątkowo lekko. Nim się obejrzałem był już 30km i co najważniejsze od czasu gdy zdecydowałem przyśpieszyć, chyba nie było osoby która by mnie wyprzedziła, a ja przesunąłem się o 200miejsc w porównaniu do 10km. Czas na 30km- 3:20:31- 1711miejsce, prędkość średnia na ostatnich 10km- 9,65km/h - znów szybciej.
Pytanie co teraz- będzie kryzys? Będzie źle, zaraz się przekonam. Z każdym krokiem ustanawiałem rekord- jeszcze nigdy w życiu tyle nie przebiegłem jednego dnia :). Faktycznie było coraz gorzej. Może nie tragicznie, ale gorzej. Nogi powoli zaczęły sygnalizować, że zaraz złapie je skurcz. Ogólnie rzecz biorąc serducho i płuca dawały radę, stawy o dziwo też, jedynie mięśnie, które nie były przyzwyczajone do biegania się buntowały. Około 35km postanowiłem chwilkę pomaszerować- i tak był punkt żywieniowy, więc wskazane było lekkie zredukowanie prędkości, a chciałem dać chwile wytchnienia dla łydek które już ok. kilku km szykowały się do skurczu.
Pomogło- po około 200m znów przeszedłem do biegu. 35-40 to były chyba najgorsze kilometry- już na tyle daleko, że wszystko bolało, a jeszcze nie na tyle blisko, aby czuć smak mety. No ale było już blisko- z każdym krokiem coraz bliżej. Jeszcze raz poczułem się zbliżający skurcz, więc aby nie złapał- chwilowy marsz- około 38km. To samo co poprzednio- 200m przeszedłem i znów przyśpieszenie. Teraz biegło się już siłą woli. Gdy około 40km usłyszałem już dalekie echo spikera ze Stadionu Olimpijskiego wiedziałem już że dam radę. Od jakiegoś czasu kalkulowałem sobie czas i wyszło na to, że realne staje się zejście poniżej 4:45, co powoli stało się moim celem, tak więc dawałem z siebie wszystko aby osiągnąć ten rezultat. No i udało się- ostatnia prosta, ostatni wysiłek, ostatnie 200 metrów przebiegnięte na Maksa, żeby urwać jeszcze sekundy i jest! Koniec! 4:44:21 i 1562 miejsce.
Wynik jest, czy dobry? Biorąc pod uwagę plany z początku roku 2010, to tragiczny. Biorąc pod uwagę faktyczny stan przygotowania, czyli praktycznie brak treningów, to całkiem przyzwoity. Ważne jest raczej to, że się udało, to że kolejny raz udało się przesunąć horyzont możliwości. Ważne, że praktycznie cały maraton przebiegnięty, bez wielkich dołków zarówno fizycznych jak i psychicznych. Lekki początek zaowocował dobra końcówką. Od momenty przyśpieszenia wyprzedziły mnie dwie osoby, a ja patrząc na wyniki około 350. Pytaniem bez odpowiedzi pozostanie co by było gdybym mocniej zaczął- czy bym wytrzymał mocniejsze tempo? Może tak może nie. Chyba jednak cieszę się z przyjętej taktyki.
Kilka rozważań na koniec relacji. Odziwo obyło się bez większych zakwasów, dużo bardziej oberwały stawy- choć podczas samego maratonu nie bolały, to przez dwa dni po każde schody były wielkim wyzwaniem dla moich kolan. Maraton był ciekawym doświadczeniem. Czy kiedyś go powtórzę?...Zobaczymy, ale chyba nie prędko. Szkoda startować dla wyniku ~5godzin. Trzeba by było wziąć się na poważnie za treningi biegowe, a to jak pisałem wcześniej jakoś mnie nie wciągnęło. Po drugie trzeba sięgać dalej za horyzont. Co może być następne, kto wie- może kiedyś Iron Man :) przyszłość pokaże.
Copyright © Michał Antosz