27.03.2011 Ładza- Stobrawski Park Krajobrazowy- Fraszka
Piękna niedziela, 27 marca 2011. Skoro świt wyruszamy (Piotrek B. i ja) w stronę Opola, a dokładnie do Ładzy- w samo serce Stobrawskiego Parku Krajobrazowego. Odbędzie się tam już kolejna edycja Fraszki- lekkiego rajdu na orientację...jak się potem okaże- wcale nie tak lekkiego :). Jedziemy z dobrym nastawieniem, bo inaczej się nie da jechać na imprezy organizowane przez Artemis, kilka miesięcy temu uczestniczyliśmy w Mini Nocnej Masakrze, czyli w skrócie- bieganie w nocy po Ślęży w śniegu po łydki i -18*C :); a ja poprzedniego przedwiośnia startowałem we Fraszce na Pogórzu Kaczawskim. Każda z tych imprez była świetną zabawą i wiedzieliśmy, że i tym razem będzie tak samo a może i jeszcze lepiej.
Do biura zawodów przyjechaliśmy chyba jako jedni z pierwszych za co Piotruś na mnie nakrzyczał: "bo mogłem dłużej sobie pospać :)", no ale przynamniej na spokojnie można było się zapisać i pogadać ze zjeżdżającymi się powoli starymi znajomymi. Już wcześniej dostępna była mapa (oczywiście bez zaznaczonych punktów kontrolnych). Tym razem teren w miarę płaski nie licząc małych pagórków. Praktycznie w całości zalesiony; większość ścieżek to drogi pożarowe, co było tylko pozornym ułatwieniem. Do wyboru były trzy piesze trasy: "z płatka"- 14km/ 8 punktów kontrolnych; "z buta"- 19km/ 11PK; oraz "z kopyta"- 23km/ 22PK. Oczywiście dystans był orientacyjny i zakładał że się wybierze optymalną drogę i nie będzie się błądzić. Oczywiście wybraliśmy wariant najdłuższy ;).
Było trochę mroźno, więc ubraliśmy się odpowiednio i oczekiwaliśmy na odprawę. Organizatorzy dbając o osoby, którze stawiały pierwsze kroki w orientacji, wyjaśnili na czym to wszystko polega. Kilka minut przed 10 dostaliśmy mapy z wyznaczonymi PK i zaczęliśmy obmyślać jak biec. Główne założenie nie był trudne, bo punkty układały się mniej więcej w pętle, trzeba było się zdecydować tylko w którą stronę ją biec. Ostatecznie decyzję podjęliśmy wybiegając z bazy rajdu- po prostu patrzyliśmy gdzie pobiegnie mniej osób przed nami, tak aby nie tracić czasu przy pierwszych PK na czekanie w kolejce do "podbicia" karty kontrolnej.
Start za nami. Okazało się, że wybór kierunku, choć przypadkowy to trafiony- początkowe fragmenty trasy to dość podmokła polna droga, która rano była jeszcze troszkę zmrożona, więc nie było taplania się w błotku, choć jedną kałużę zaliczyłem i w jednym bucie było trochę mokro. Biegliśmy na razie spokojnie, bo wiedzieliśmy że przed nami długi dystans. Z drugiej strony tym razem chcieliśmy się trochę pościągać, bo choć impreza amatorska (aczkolwiek na wysokim poziomie organizacji, co będę podkreślał przy każdej okazji ;) ), to w duszy pozostało jeszcze trochę chęci sportowej walki z dawnych lat :). Plan był taki, że nie odpuszczamy, bo choć oboje z Piotrkiem lepiej czujemy się na dwóch kółkach niż na dwóch nogach, to czasem trzeba spróbować czegoś nowego.
Pierwsze trzy punkty były łatwe do odnalezienia- praktycznie przy drodze, choć biegnąc do PK nr 3, grupka przed nami nie skręciła w dobrą drogę- cóż oczywiście my po cichu skręcamy i już mamy trochę przewagi, nie ma to jak zmysł orientacji u kolarza górskiego ;) Następne trzy punkty kontrolne są położone w malowniczej okolicy rezerwatu przyrody, wodnych grobli i ciekawej architektury na obrzeżach miasteczka Pokój. Tu troszkę nadkładamy dystansu, stwierdzając że lepiej dalej, a po pewnej drodze niż na azymut. Przecinamy nieczynną trasę kolejową i powoli zbliżamy się do jedenastu punktów kontrolnych porozrzucanych w dość bliskiej odległości od siebie, ale w terenie pagórkowatym i nie przy drogach. Wprawdzie była dla tego obszaru osobna, dokładniejsza mapa z poziomicami i większą skalą, ale ten fragment trasy na pewno był najtrudniejszy... ale i najciekawszy. Co jakiś czas mijaliśmy się z pewnym zawodnikiem, który był dla nas potencjalnym rywalem- wyglądało na to, że miał podobne tempo. Kondycyjnie na razie wyglądało wszystko w miarę dobrze, choć ten odcinek nam dał ostro w kość, punkty kontrolne często były w okolicy szczytów pagórków, co wymagało wspinania się na każdy albo prawie każdy z nich. Pewnie tu wyszedł brak doświadczenia w orientacji i mniej zwracanej uwagi na poziomice, a więcej na odległości. Piotruś się wykazał i znalazł punkt oznaczony jako "lisia jama", którego szukaliśmy dobre 2-3 minuty. Podobnie było jeszcze z jednym w tej okolicy. Byliśmy już bardzo blisko niego, jednak był powieszony z drugiej strony drzewa, co utrudniało zauważenie. Na szczęście były też łatwe punkty- np. na ambonie do obserwowania lasu.
Wszystkie punkty z dokładniejszej mapki mieliśmy już za sobą. Ponad połowa trasy już za nami, odszukaliśmy dwa PK w okolicach linii kolejowej, po której został już tylko sam nasyp, a po nim dość niewygodnie się biegło. Od tej chwili biegliśmy już razem z kolegą, z którym się wcześniej mijaliśmy- Darkiem. Tak więc cel stawał się powoli jasny- być przed nim na mecie. Werwy dodawał nam fakt, że na razie nie widzieliśmy tak dużo osób, które biegły w druga stronę- raptem jedna czy dwie, więc była duża szansa na wysoką lokatę. Powoli wybiegaliśmy z zalesionych terenów w kierunku wsi Krzywa Góra i PK oznaczonego jako "stodoła z czerwonej cegły"- to był chyba najłatwiejszy PK- widoczny z kilometra. Biegnąc do niego zyskaliśmy przewagę z 50m nad Darkiem, którą w głupi sposób zmarnowaliśmy okrążając zabudowania w poszukiwaniu punktu kontrolnego. Chyba każdy z nas miał ochotę na chwilę przerwy w biegu, bo pod PK zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia.
Zostały dwa punkty kontrolne. Powoli zaczynało mi brakować sił, ale już było blisko. Przedostatni punkt, to "żelazny krzyż" dość skrzętnie ukryty pośród drzew, a ostatni znajdował się na niewielkim wzniesieniu. Znów mieliśmy z Piotrkiem lekką przewagę, może 40-50 metrów nad goniącym nas Darkiem. Wiedzieliśmy, że teraz musimy dać z siebie wszystko. Wbiegliśmy już do miasteczka. Została do pokonania ostatnia prosta- asfaltowa droga, około 1,2km. Ja już nie dawałem rady, prawie wypluwałem płuca, Piotrek trochę więcej sił zachował i próbował mnie mobilizować. Co jakiś czas odwracałem się, aby skontrolować gdzie jest pogoń. Odległość była mała, więc nie było innej możliwości- trzeba było biec ile sił w nogach. No ale udało się- nie zostaliśmy dogonieni, meldujemy się w biurze zawodów o 13:17- dokładnie 3 godziny i 17minut po starcie. Jak się potem okazało dało to nam trzecie miejsce. Jest dobrze! Choć ja dość długo siedzę na podłodze i próbuję dojść do siebie. Do wstania zmobilizowały mnie dopiero cukierki dla zawodników którzy ukończyli bieg :)
Po ochłonięciu i przebraniu się czekało nas jeszcze miłe zakończenie i podsumowanie biegu, czyli ognisko- nie ma to jak kiełbacha po takim wysiłku ;) Przy okazji powymienialiśmy swoje doświadczenia z trasy z innymi zawodnikami. W ten sposób kolejna udana impreza dobiegła końca. Podkreślę to jeszcze raz. Dobrze, że są jeszcze ludzie, który potrafią zorganizować takie fajne zawody w takim stylu i widać, że przy tym się świetnie bawią i cieszą się z każdego zawodnika który startuje. Po prostu nie ma możliwości, żebym nie wystartował w kolejnych edycjach MNM i Fraszki.
Copyright © Michał Antosz